w jednej chwili jesteś moją kotwicą,
cumując mnie na spokojnych wodach,
w bezpiecznym porcie
kolejnym razem, jestem jak rzucona w nurt,
kolejnym razem, jestem jak rzucona w nurt,
rwącej lodowatej rzeki, swoich myśli, przez Ciebie
śmiertelnym niebezpieczeństwem,
śmiertelnym niebezpieczeństwem,
upadkiem na dno, obłapiających ciemności,
dławiącym haustem słonej, morskiej wody,
tytoniowym dymem niszczącym moje płuca.
goryczką alkoholi drażniących przełyk,
niepoprawnie przyjemną trucizną
znów jesteś zimny, jak mroźny, styczniowy poranek
kolejno: wspomnieniem piaszczystej, złotej plaży,
kolejno: wspomnieniem piaszczystej, złotej plaży,
skąpany w świetle księżyca, odbitego w tafli spokojnego morza
tęsknotą za dźwiękiem głosu, śmiechu, płaczu
przy którym pęka, najzimniejsze, chore serce
żywym lub martwym, wystudzonym ciele,
zakamarkiem mojej duszy,
bladym lecz gorącym uczuciem,
palącym mnie w pierś, nachalnie
brakiem tchu, powietrza w gardle,
życiodajnym pierwiastkiem
odległą, utęsknioną, mroczną, zagadką
upadłą duszą, zrzuconą z obłoku,
odległą, utęsknioną, mroczną, zagadką
upadłą duszą, zrzuconą z obłoku,
anielską powłoką
ratując z wielkiej opresji, pakując w kolejną:
uczysz mnie tęsknić za sobą z wyczuciem i gracją!
gasnącym płomieniem, cmentarnego znicza,
ratując z wielkiej opresji, pakując w kolejną:
uczysz mnie tęsknić za sobą z wyczuciem i gracją!
gasnącym płomieniem, cmentarnego znicza,
zimną i wieczną mogiłą gdzie pochowane są szczątki utraconej nadziei